Przeprowadzka

20. 11. 10 r.                                                                                                                                   Szczecin.                                                                                                             Przedwczoraj wracaliśmy autem z Warszawy do Szczecina w wesołej atmosferze, byliśmy szczęśliwi. Wchodząc do domu już wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Nie było nikogo, kto mógłby nas witać, co się nigdy nie zdarzało. Po chwili z góry zbiega teściowa i zaczyna krzyczeć do nas z pretensjami. Chyba zebrały jej się wszystkie pretensje świata, bo staliśmy jak wryci nie wiedząc o co jej chodzi. Piotr stał kompletnie zaskoczony, bo zastał całkowicie niesłusznie zaatakowany. Dostało się i mnie. Do tego dołączył niedługo teść. Musieli w pewnym momencie powiedzieć o jedno słowo za dużo, bo Piotrowi zrobiło się tak przykro, że szepnął mi do ucha;

  • Wyprowadzamy się natychmiast.

Nie wierzyłam co się dzieje. Nigdy nie widziałam u nich tyle niechęci i złości do nas. Mam wrażenie, że do końca nie wiedzieli co robią, jakby coś w nich wstąpiło. Parę minut później już siedziałam w internecie i szukałam mieszkania. Wytypowałam 3 lokale do obejrzenia, czwarte po dłuższym zastanowieniu odrzuciłam. Zadzwoniłam do biura nieruchomości i poprosiłam o umówienie się na oglądanie wszystkich trzech w ciągu jednego dnia. Zrobiliśmy to w sobotę nie mówiąc o tym teściom. Ciekawe, trzecim mieszkaniem, które oglądaliśmy było właśnie to, które odrzuciłam. Kobieta z biura nieruchomości pomyliła się i dała je na listę do oglądania … i właśnie to mieszkanie spodobało nam się najbardziej. Decyzja krótka, podpisujemy umowę.


02. 12. 10 r.                                                                                                                                Szczecin.                                                                                                                 Piotr musiał wyjechać i zostawił mnie samą z problemem przeprowadzki. Ponieważ nie mieliśmy dużo, ładowałam ciuchy do worków do śmieci i po cichu wynosiłam do auta. W końcu udało mi się przeprowadzić, ale pozostał jeden mały szczegół, teściowe ciągle nic nie wiedzieli. Zebrałam się na odwagę i musiałam im powiedzieć, że od dzisiaj śpię gdzie indziej. Byli w szoku, nigdy by się tego po nas nie spodziewali. Tak się spieszyliśmy z przeprowadzką, że nie zauważyliśmy, że w mieszkaniu są tylko dwa wąskie łóżka. Nasze dzieci nie mają gdzie spać !!! Idiotyczna sytuacja… dzieciaki (nastolatki) zdecydowały się zostać u dziadków stwierdzając, że im tam po prostu wygodniej, każdy ma swój pokój.

Jestem już w nowym miejscu i rozglądam się dookoła nie mogąc uwierzyć gdzie jestem, a jest tu wspaniale. Cofam się wstecz i przypominam sobie mój sen z pudłem zwiastującym przeprowadzkę. Dwa krokodyle, które mnie prześladowały… Przecież to przez moich teściów musiałam się wyprowadzić. Uciekając trafiłam do kościoła, a kościół to jak azyl, miejsce bezpieczne. Kiedy rozglądam się po nowym mieszkaniu czuję się jak w azylu… bezpiecznie.

To się zdarzyło tak nagle, tak szybko. Mam wrażenie, że musieliśmy opuścić miejsce, w którym wszystko się zaczęło. Nastał czas na „sprzątanie”. Umarła Krysia, odeszła Magda, przeprowadzamy się z warszawskiego mieszkania, przeprowadziliśmy się od teściów. Tak jakby czyszczono wszystko, co łączy nas z gackiem.

Kiedy o tym myślałam doszło do mnie, że na nic, co do tej pory się zdarzyło nie mieliśmy żadnego wpływu. To nie my mamy kontrolę nad tą grą i to jest niesamowite. Zastanawiam się coraz częściej, czy my mamy w ogóle coś do powiedzenia?

ggdfggfgffgd


03. 12. 10 r.                                                                                                                                   Szczecin.                                                                                                                 Piotra ciągle nie ma i to była moja pierwsza samotna noc w nowym mieszkaniu.

Miałam sen, ktoś naciska na klamkę w moim pokoju i próbuje otworzyć drzwi. Ktoś chciał wejść.handle

Tylko tyle i aż tyle, bo budzę się natychmiast. To wyglądało jak w horrorze i poczułam się niepewnie, choć jeszcze niedawno wydawało mi się, że znalazłam tutaj azyl.


10. 12. 10 r.                                                                                                                                     Warszawa.

Nad ranem miałem wizję, to nie był sen, bo nie spałem. Zobaczyłem jakby film, który pokazano mi przed twarzą. Widziałem piękną złotą jabłoń, pełną owoców. Jest jak z bajki, niewyobrażalnie cudowna. Kilka jabłek upadło na ziemię. Podszedłem do niej i zacząłem je zbierać.

Czy to czasami nie jabłoń było drzewem dobra i zła?                                                           Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło.

Niewykluczone, że ta wizja może oznaczać tylko tyle, że Piotr zacznie zbierać owoce swoich dotychczasowych działań.


17. 12. 10 r.                                                                                                                                 Szczecin.                                                                                                                  Piotr po raz pierwszy przyjechał do nowego mieszkania. Wieczorem kiedy oglądaliśmy TV w pewnej chwili widzę, że gapi się w sufit z rozdziawioną miną.

  • Widzę trzy duże kule, świecą, mają różne kolory…. Boże, jakie one są wielkie!

Patrzę się tam, gdzie on się patrzy … i nic nie widzę, a Piotr ciągle jak zahipnotyzowany. Trwało to z 10 minut. Cholera, ledwo przyjechał i na dzień dobry coś widzi !!! Zaczynam podejrzewać, że znaleźliśmy się w tym mieszkaniu nieprzypadkowo, najpierw moje sny o przeprowadzce, pomyłka pośredniczki nieruchomości, potem mój sen o klamce i teraz to. Ciekawe co będzie next… ?


20. 12. 10 r.                                                                                                                                     Warszawa.

Znowu nad ranem miałem wizję. Zobaczyłem 2 krzesła, na jednym siedzi Najważniejszy i obok niego Syn. Leżałem przed nimi na ziemi, miałem rozpostarte ręce, ale nie mogłem powstrzymać moich nóg, które samoistnie chciały zaatakować tych Dwoje. Moje nogi wyrywały się, by Im dokopać.

W pewnej chwili powstrzymała mnie jakaś moc, poczułem, jak ktoś mnie głaszcze po głowie. Uspokoiłem się. Nagle wydostała się ze mnie czarna masa, która przybrała postać dobermana. Wszyscy wiedzieliśmy, że to gacek. Pies rozglądał się w panice dookoła i czuł się niepewnie. Chciał uciec, ale pojawiły się ściany zbudowane z energii, które mu przeszkodziły. Wtopiłem się w jedną ze ścian, stałem się jedną z nich, doberman spojrzał na mnie i przestraszony rozpłynął się w pyle.

111

Piotr albo walczy sam ze sobą, albo ze złem, które ciągle w nim tkwi. Właściwie to wychodzi na jedno. Ma jednak wielką ochronę i pomoc od samego Boga i Chrystusa. Czy w takiej sytuacji może przegrać?

I tak się zakończył pamiętny rok 2010.